Close

9 marca 2019

Kosmiczna podróż do Indii

“Nowe”, które pragniesz w swoim życiu może pojawić się dopiero wtedy, kiedy zrobisz mu miejsce, zaufasz i nauczysz się wchodzić w nieznane – schodząc z utartych, dotychczasowych ścieżek. Jest wiele sposobów na to, aby otworzyć się na nieznane, a jednym z nich jest … wyjazd do Azji.

Dzisiaj chciałabym Ci opowiedzieć o mojej przygodzie z Indiami.

Po skończonym kursie nauczycielskim jogi, na którym doświadczyłam głębi jogicznych praktyk, zamarzyłam o wyjeździe do Indii, miejsca gdzie są korzenie jogi.

Kraj ten po raz pierwszy odwiedziłam 12 lat temu. Swoją podróż rozpoczęłam od Delhi. W mieście tym już pierwszego dnia doznałam szoku. Słyszałam o Indiach, czytałam, ale to co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Hałas, smród, tłumy ludzi, wszędzie pędzące i trąbiące auta, riksze, krowy, żebracy, kaleki bez rąk lub nóg, płynące rzeki ścieków … a to wszystko przeplatane bajecznymi kolorami sari i egzotycznymi zapachami.

Ufff, to był prawdziwy skok w nieznane.
Już pierwszego dnia pobytu w tym “szalonym” mieście wypłynęły na powierzchnię moje lęki. Bo jak tu się nie bać, kiedy idziesz brzegiem jezdni a kilka centymetrów od twoich stóp mijają cię szaleńczo pędzące auta.
O chodnikach i krawężnikach możesz zapomnieć 😊

Jednak największym dla mnie wyzwaniem była przejażdżka rowerową rikszą. Już na pierwszy rzut oka ten “kosmiczny” pojazd wydawał mi się podejrzany. Ale co tam, w końcu jestem w Indiach.
Wyobraź sobie taki obrazek: Hindus na rowerze, do którego przypięty jest wózek z chybotliwą deseczką. Na deseczce siedzę ja i trzymając się metalowego pręta usiłuję się nie bać. O drzwiczkach lub innych zabezpieczeniach chroniących przed wypadnięciem również możesz zapomnieć. Kiedy po pięciu minutach sytuację opanowałam emocjonalnie, dostałam kolejne wyzwanie: pędzące wprost na nas ogromne ciężarówki, które w ostatniej chwili, jakimś cudem nas omijają. Za pierwszym razem myślałam, że to jakaś wyjątkowa sytuacja, złapałam więc głęboki oddech i próbowałam wyciszyć emocje,. Tyle, że za niedługą chwilę sytuacja się powtórzyła a za kolejną … znów. Okazało się, że to żaden wyjątek, to po prostu tamtejszy styl jazdy. Obserwowałam siebie i czułam ogromny strach, strach o własne życie. Co chwila zamykałam oczy udając sama przed sobą, że to się nie dzieje. Jednak powiem Ci szczerze, że to udawanie wychodziło mi dość słabo. Aż w końcu mnie olśniło, albo zaufam, albo oszaleję, a wymarzona podróż do Indii stanie się koszmarem, i …. zaufałam. Zaufanie to spowodowało, że od tamtej chwili bez lęku o własne stopy, kroczyłam ulicami Delhi, a nawet dość odważnie przebiegałam wśród pędzących aut na drugą stronę ulicy.

Bo to kolejna indyjska atrakcja – zero przejść dla pieszych – uda się lub nie uda – oto jest pytanie?

A gdybyś chciała poznać hinduskie zasady ruchu drogowego, to proszę bardzo: zasadą jest to, że nie ma zasad, a właściwie to są: kto pierwszy i szybszy ten lepszy 😊. Trąbisz, naciskasz gaz, do tego jeszcze możesz pokrzykując wymachiwać ręką i pędzisz do przodu. Jeśli pojedziesz do Indii to nudno nie będzie na pewno.

Co do “zasad bez zasad” to one naprawdę działają: wypadków mniej niż w Europie. Pytanie dlaczego ?… według mnie, Hindusi ufają, ufają w Boga i w prowadzenie, wiedzą, że mają ochronę i wszystko dzieje się w najlepszym porządku, boskim porządku.

Jak na pierwszą wizytę w Delhi, zdecydowanie trzy dni mi wystarczyły. Razem z moim przyjacielem i walizką u boku wyruszyłam na dalszy podbój Indii – tym razem do Jaipur.

Jaipur to duże miasto i choć mam z niego dobre wspomnienia, to zwiedzanie miast i oglądanie zabytków zdecydowanie nie jest dla mnie. W końcu nie pojechałam do Indii w charakterze typowej turystki tylko kierowała mną chęć zasmakowania jogiczno – medytacyjnych praktyk.

Podążając za głosem serca wylądowaliśmy w Puszkar, w którym od pierwszego wejrzenia się zakochałam. Jest to jak na hinduskie warunki dość spokojne miasto. Oczywiście ludzie są wszędzie bo to w końcu Indie – drugi pod względem liczby mieszkańców kraj na świecie, ale auta i riksze zostawiane są na obrzeżu tego niesamowitego miasta.

Z powodu spokojnej atmosfery miejsce to upodobali sobie europejscy hippisi, tak więc poruszasz się w urozmaiconej mieszance ludzkich strojów, fryzur, języków i wszechobecnych zapachów kadzideł. Puszkar to miasto uznane przez Hindusów za święte, tak więc obowiązuje tam zakaz  spożywania mięsa oraz alkoholu. Dla mnie atmosfera Puszkar jest po prostu bajeczna. Będąc tutaj uwielbiałam przesiadywać w małych, uroczych hinduskich knajpkach, pijąc herbatkę, delektując się hinduskim jedzeniem i rozkoszując się słońcem oraz egzotycznym otoczeniem. W miasteczku tym najbardziej pokochałam malutkie świątynie, których wysoka energia i ich niespotykane piękno sprzyjało wyciszeniu i kontemplacji.

Najczęściej odwiedzałam Siva Temple, do której zanosiłam girlandy świeżych kwiatów kupowane za gorsze na ulicy miasta. Świątynia ta nie dość, że była najbliżej mojego hoteliku, to w dodatku na czas moich tam wizyt , byłam w niej sama – mogąc nie niepokojona niczym zatapiać sie w mych duchowych spotkaniach z samą sobą. Siadałam sobie więc na podłodze na kaflach (ach ten indyjski ciepły klimat) i przy zapachu kadzideł zanurzałam się w błogostanie.

Ostatnim przystankiem w mojej podróży było kolejne święte miejsce – Riszikesz, leżące u podnóża Himalajów, nad Gangesem.

Teraz czytaj uważnie, bo to była prawdziwa przygoda:

Jako środek lokomocji wybraliśmy autobus. Ponieważ podróżowałam z przyjacielem, który od 20 już lat jeździł do Indii, wziełam za dobrą monete to, że  powiedział, że pojedziemy autobusem. Autobus to autobus – naiwnie pomyślałam … ale co to był za autobus!!!??? … miał chyba ze 30 lat a wyglądał na 100. Wcześniej to ja w ogóle nie pomyślałabym, że “czymś takim” można jeździć, a tym bardziej w trasy o długości 800 km. Podróżowaliśmy nocą, więc przyjaciel zaproponował wykupienie „kuszetek”… pomyślałam, podróż na leżąco, nie jest źle. Jednak Indie szczególnie odwiedzając je po raz pierwszy z pewnością potrafią Cię  zaskoczyć… bo nie dość że autobus zapakowany był tłumem Hindusów z dziećmi, którym mogłam sie przyglądać z góry , to w dodatku nasze kuszetki okazały się być deską zawieszoną pod sufitem. Dodatkową atrakcją było to, że nasza ”kuszetka” wyposażona była w koc, który chyba nie pamiętał, czym jest pranie. Wtedy zrozumiałam dlaczego miałam w tą podróż zabrać ze sobą czyste prześcieradło. 😊
Początkowo próbowałam rozmyślać o tym, co jest w na tym kocu, jakie żyjątka tam zamieszkują, jednak szybko z tego “wyskoczyłam” i przemieniłam to w śmiech i żarty, co pomogło mi w końcu zasnąć.

Pierwsze moje zaskoczenie – Ganges jest czysty.Ile ja się wcześniej nasłuchałam o smrodzie i brudzie tej świętej rzeki … być może jej czystość spowodowana była faktem, że my znaleźliśmy się w miejscu w którym Ganges bierze swój początek czyli u podnóza Himalajów.

Riszikesz to miasto aszramów, do których masy europejczyków przyjeżdzają na spotkanie z jogą, medytacją, spaniem w prostych warunkach (najczęściej materac na podłodze) i myciem w zimnej wodzie. A ja wybrałam sobie hotel 😊 Może kiedyś jeszcze napisze   o moich kolejnych pobytach w Indiach, tym razem już w aszramach z zimna wodą.

Gdybyś zastanawiała się po co część ludzi z Europy decyduje się na spanie w bardzo prymitywnych warunkach to już Ci wyjaśniam. Dzięki temu wychodzisz ze strefy komfortu, a to zawsze bardzo mocno rozwija. Kiedy siedzisz sobie w cieplarnianych, znanych warunkach to na poziomie rozwoju tak naprawdę stoisz w miejscu. Natomiast kiedy doświadczasz nieznanego i do tego niekomfortowego to twój umysł staje się bardziej elastyczny i otwarty a ego “dostaje mocno po nosie”.
Im mniej będziemy utożsamiać się z ego tym mamy bliżej do życia z poziomu serca.

Wracając do opowieści –  kiedy po 2 tygodniach podróży przez Indie, znalazłam się w Riszikiesz naprawdę miałam dość ludzi … wszędzie tłumy ludzi, tysiące ludzi wokół mnie, myślałam, że oszaleję … ja naprawdę nie mam nic do ludzi, ale nie w takich ilościach 😊 W tamtym czasie w Polsce mieszkałam w naturze, tuż przy lesie gdzie najczęściej spotykałam jedną osobę na dzień –  a tu istny szał.

Riszikesz to niby małe miasteczko więc i ludzi mniej, ale wtedy wciąż dla mnie za dużo!. Znalazłam na to rozwiązanie i chodziłam poza miasto na długie spacery. Szłam w stronę gór, aby złapać oddech… i wiesz co?, wcale się nie bałam, po prostu czułam się tu bezpiecznie. Co prawda nie zagłębiałam się w slumsy czy inne naprawdę niebezpieczne miejsca, nie mniej i tak było dość egzotycznie i nietypowo. Szczególnie duże wrażenie robiły na mnie spotkania z sadhu.

Sadhu to Hindusi odziani w pomarańczowe szaty, którzy opuszczają swój rodzinny dom i wyruszają na spotkanie z Bogiem. Jedyne co mają, to metalową miskę na jedzenie i taką samą na datki od przechodniów. Śpią na ulicy na kartonach, a za dnia oddają się kontemplacji. Praktyka ta polega na tym, aby poprzez wyzbycie się dóbr doczesnych, które przywiązują do chęci posiadania, połączyć się z Absolutem.

Kroki moje czasami również kierowałam do aszramów, gdzie za dnia ćwiczyłam jogę lub śpiewałam mantry, a na noc wracałam do hotelu.

Po 3 tygodniach doświadczania hinduskiego życia nastał czas powrotu do Polski. Cała ta wyprawa była niesamowitym i mocno transformującym doświadczeniem w moim życiu. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, że przyjadę tu jeszcze cztery razy i poznam Indie w innej odsłonie – zielona Kerala, ciepły ocean, palmy, pola ryżowe, ośrodki ajurwedy, aszramy ….

Wcale  nie trzeba wybierać się w tak odległe zakątki świata, żeby doświadczyć konfrontacji z “nieznanym”. Jednym ze sposobów na opuszczenie strefy komfortu może być decyzja o chęci zmiany w swoim własnym życiu i opowiedzeniu o swoich problemach drugiej osobie. Jeśli czytasz ten wpis na moim blogu to możesz potraktować to jako zaproszenie do skorzystania z sesji.

Z Miłością, Anabelle

Opis sesji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *